Uniwersytet Shanghai Jiao Tong ogłosił jakiś czas temu nowy światowy ranking uczelni. Pośród pięciuset sklasyfikowanych szkół wyższych tylko dwie polskie uczelnie miały zaszczyt znaleźć się na liście. To, że dopiero w czwartej setce przemilczę, bo przecież prestiż wynikający z samego faktu umieszczenia w tymże rankingu i tak jest ogromny.
Nie dziwi mnie jednak stan rzeczy prowadzący do tego, że za kilka lat nasze uczelnie nie będą w ogóle zauważane na świecie. W Polsce, studia wyższe i zdobycie tytułu magistra są powszechnym obowiązkiem, niemal tak prozaicznym jak uczęszczanie do podstawówek. Więc, co może być bulwersującego w tym, że polskie uczelnie wypadają tak słabo w rankingach, skoro kształcą rzesze ludzi studiujących z konieczności, a nie z rzeczywistej chęci poszerzania i zdobywania wiedzy? Skoro kształcimy ludzi niewynoszących nic ze sobą ze studiów (nie mówiąc już o wnoszeniu czegokolwiek pozytywnego) jak możemy liczyć się w świecie? Studia powinny być czymś dostępnym tylko dla elity. Nie tej majątkowej, lecz intelektualnej. Bez bardzo mocnej chęci kształcenia nikt nie powinien mieć wstępu na uczelnie wyższą!
Wszyscy mówią: idź na studia, to nie wezmą cię do wojska. Takie podejście do sprawy tysięcy młodych Polaków przekreśla szanse na odnoszenie zauważalnych sukcesów na arenie międzynarodowej i wypacza ideę wyższego szkolnictwa. Jak sama nazwa wskazuje, jest to coś dostępne nie dla każdego i coś, na co powinno pracować się latami. Dopóki będzie to niepisany obowiązek i tylko chęć zapełnienia CV kolejnym bzdurnym papierkiem to polskie uczelnie zawsze będą na szarym końcu. Nie przez poziom nauczania, tylko przez poziom zaangażowania studentów będących ich uczniami.
Tylko czy polskim uczelniom zależy na tym, aby liczyć się w świecie? Przecież skoro nie ma przed nami żadnych perspektyw, to lepiej rywalizować na własnym podwórku, na przykład o liczbę studentów, ilość kierunków, liczebność kadry akademickiej, czy popularność. Sami nie zauważamy tego, że podcinamy gałąź, na której siedzimy. Ściągamy, bowiem, jak największą liczbę studentów, aby pochwalić się konkurencyjnej uczelni z regionu i mieć sztuczne poczucie satysfakcji. A przecież dobrej uczelni kształcącej na dobrym poziomie, nie jest potrzebna reklama: doskonale widoczne na wakacjach spoty w telewizji, bilbordy, czy piękne studentki stojące w centrum miasta i rozdające ulotki z wielkimi napisami: przyjdź do nas, nie do nich a wyjdziesz z magistrem w ręku. Czesne tylko 400zł! No właśnie, więc za co ten tytuł? Za chęci, czy za pieniądze?
Odpowiedź jest prosta: mamy do czynienia z wykształceniową prostytucją. Płacisz, więc masz prawo żądać i wymagać. Tutaj nie będzie rewolucji. Dopóki studia będą płatne i dostępne dla każdego, wyższe wykształcenie, które już upadło do rangi podstawowego, będzie czymś normalnym i powszechnym. A przecież normalne i powszechne rzeczy nigdy nie będą zauważone i docenione. Ani w Polsce, ani na świecie.
Bartosz Rozmus