Zwolnił tysiące ludzi w całych Stanach Zjednoczonych. Przeleciał samolotami setki tysięcy kilometrów, za co zresztą w ramach programu lojalnościowego został wyróżniony przez linie lotnicze. To Ryan Bingham (George Clooney), bohater filmu Jasona Reitmana „W chmurach”.
Z pozoru jest to prosta opowiastka o zapracowanym, bezdusznym, obojętnym na ludzką rozpacz facecie po czterdziestce. Nie interesują go związki, a gdy mówi o miłości i wspólnym biciu serc, przyznaje, że jego to nie dotyczy. Ryan pracuje dla korporacji, która fachowo w imieniu innych firm zwalnia ludzi. W swojej pracy (oraz na co dzień) jest bezkompromisowy i profesjonalny w każdym calu. Pewnego dnia spotyka Alex (w tej roli Vera Farmiga) – kobietę, która stopniowo odmienia jego życie. Między nimi zawiązuje się przelotny romans. Ryan uświadamia sobie, że bycie gościem we własnym domu oraz tak banalne sprawy jak brak psa, który wita go po powrocie z pracy, to oznaka ludzkiego nieszczęścia.
Film nie rzuca na kolana, mimo że w tegorocznej walce o Oskara zdobył nominacje aż w czterech kategoriach – najlepszy film, najlepsza reżyseria, najlepsza męska rola pierwszoplanowa oraz najlepsza żeńska rola drugoplanowa.
Szans „W chmurach” na Oskara za najlepszy film nie przekreślam, jednak nie wydaje mi się, by był w stanie wygrać z nafaszerowanymi nominacjami filmami „Avatar” i „Hurt Locker”. W dodatku, fabuła „W chmurach” nie jest przełomowa – ot po prostu lekkie katharsis i chwila zastanowienia – to wszystko, czego możemy oczekiwać. Film jest warty obejrzenia, chyba jedynie dlatego, że gra w nim Clooney. Ale daleko mu do pozycji obowiązkowej.
Hubert Ochmański
Fot: filmweb.pl