Obserwując całe zamieszanie związane z pojawieniem się w kinach „Avatara”, przypomniało mi się stwierdzenie, bardzo mądre zresztą, że dostosowanie jest kluczem do przetrwania. James Cameron może spokojnie zapraszać całe Hollywood do siadania na stołeczkach, w równych rządkach, i puszczać im film szkoleniowy właśnie o umiejętności dostosowania.
Niepokoić i zasmucać może jedynie to, że morał tegoż szkolenia brzmi „najpierw forma, potem treść”. Oczywiście, sprowadzenie najnowszej pełnometrażówki Camerona do tej formułki byłoby pójściem na łatwiznę, ale o tym za chwilę.
„Avatar” rozbija box office na strzępy. Wystarczy powiedzieć, że zaledwie po sześciu tygodniach od premiery jest zarówno w USA, jak i na świecie, najbardziej kasowym filmem w historii, wyprzedzając „Titanica”, który w kinach był męczony aż 41 tygodni, czyli ponad 10 miesięcy! Jest to wyczyn godny podziwu również z tego względu, że nikt od 1997 roku, w którym powstał film o Titanicu, nie potrafił nie tylko pobić, a choćby zbliżyć się do poprzedniego hitu Camerona. Słowem, Leonardo DiCaprio i Kate Winslet miała całe 12 lat na to, co zwykle robią pary kochanków…
Pozostając przy tej konwencji – „Avatar” idealnie i kompleksowo wpasowuje się w archetyp kochanki, gorącego, przelotnego romansu czy – nazwijmy to umownie – wakacyjnej miłości. Piękno tejże kochanki jest uderzające. Wygląd olśniewa i oczarowuje – taki był zamysł twórców, stworzyć film 3D w najwyższej jakości i dostarczyć wrażeń estetycznych, jakich w kinie jeszcze nie było. „Avatar” odbiera mowę. Z doświadczeń moich i moich znajomych oraz relacji innych osób, wszędzie i w każdym kinie: brak mlaskania i niemal słownikowa definicja słowa „cisza”. Kochanka taka ubiera się modnie i u najlepszych, bo ją stać (250 mln dolarów budżetu), każdy o niej słyszał i chce ją mieć (czyli drugie tyle na marketing). I chociaż początek znajomości jest fantastyczny i fascynujący – „chapeau bas” dla Camerona za rewelacyjny i odbiegający od standardów pomysł, że to nie nas najeżdżają, ale w końcu najeżdżamy my – to dalej jest już tylko gorzej i to samo, co zwykle. Zakazane love story, bunt i walka o pieniądze dla jednych, a dom dla drugich. Niektórzy popadają w zauroczenie i filmową kochankę odwiedzają często i chętnie – znam osoby, które były na pięciu, sześciu seansach. Każdy z amantów w końcu jednak się nudzi, stąd zarzut przerostu formy nad treścią, i wraca do kobiety swojego życia. Może nie tak pięknej, bo pewnie i starszej, ale z absolutnie uroczą osobowością i czarującym charakterem; mądrej i mającej coś do powiedzenia.
Moim zdaniem dwa największe, ponadczasowe dzieła to „2001: Odyseja kosmiczna” i „Dobry, zły i brzydki”. Gdyby ktoś dzisiaj zrobił te filmy, dostałoby mu się za zbyt długie ujęcia, złożoność fabuły czy słabe efekty. Jako projekty sprzed kilkudziesięciu lat są traktowane z czcią i cenione. Ale dzisiaj musi być szybko, łatwo do przełknięcia i efektownie, jak hamburger w McDonald’s. Trzeba ponadto wiedzieć jak dotrzeć do WSZYSTKICH. Absolutnie nie narzekam. Dostrzegam tylko geniusz Camerona, który umie się dostosować i osiągnąć sukces. Przecież nikt nie pobije żadnego rekordu trudnym, ambitnym filmem dla wąskiego targetu. A sam „Avatar” bardzo mi się podobał. Przynajmniej do połowy.
Rafał Chimka